Maski Władzy
Moja ciasteczkowa wróżba:
Przejrzystość charakteru wynika z głębi myśli.
Trzymaj się swoich pomysłów - sukces nadejdzie.
MASKI WŁADZY. MACIEJEWSKI - PODRÓŻE
Roman Maciejewski
Teatr Wielki w Poznaniu
100. rocznica urodzin kompozytora
Premiera 7 maja 2010, godz. 19.30
Kierownictwo muzyczne Krzysztof Słowiński
Reżyseria i inscenizacja Sylwester Biraga
Asystent reżysera Zuzanna Mikołajczak
OBSADA
Tomasz Raczkiewicz
Orkiestra Teatru Wielkiego w Poznaniu
Roman Maciejewski
Teatr Wielki w Poznaniu
100. rocznica urodzin kompozytora
Premiera 7 maja 2010, godz. 19.30
Kierownictwo muzyczne Krzysztof Słowiński
Reżyseria i inscenizacja Sylwester Biraga
Asystent reżysera Zuzanna Mikołajczak
OBSADA
Tomasz Raczkiewicz
Orkiestra Teatru Wielkiego w Poznaniu
Niemalże symbiotyczna współpraca Romana Maciejewskiego przede wszystkim z Ingmarem Bergmanem, a także z Knutem Strømem zaowocowała muzyką do sztuk teatralnych, która, dzisiaj oderwana od tekstu dramatycznego, niezmiennie pozostaje wartością samą w sobie. Caligula Alberta Camusa, Makbet Williama Szekspira, muzyka do klasycznego dramatu chińskiego Śpiew lutni Kao-Tsa-Tchenga stały się pretekstem do powstania muzycznego monodramu, w którym, zgodnie z Szekspirowską formułą, „aktor odgrywa cały świat”. Poszczególne części spektaklu – „Człowiek ofiarą władcy” oparty o teksty chińskiej epopei, „Makbet – próby”, i „Dyktator” z fragmentami dramatu Camusa – przedstawiają człowieka w różnych okolicznościach, w różnych maskach, zza których tylko czasami przedziera jego prawdziwe oblicze. Aktor przedstawia na zmianę obraz tyrana lub jego ofiary, by w ten sposób ukazać dwoistość natury ludzkiej.
Reżyseria i scenografa została opracowana przez Sylwestra Biragę – dyrektora naczelnego i artystycznego warszawskiego Teatru Druga Strefa, w którym realizuje swoją koncepcję totalnego spojrzenia na teatr.
Reżyseria i scenografa została opracowana przez Sylwestra Biragę – dyrektora naczelnego i artystycznego warszawskiego Teatru Druga Strefa, w którym realizuje swoją koncepcję totalnego spojrzenia na teatr.
Galeria na:
PROLOG
Zazwyczaj w operze przygodę z nową rolą rozpoczyna się tak.
Na gablocie wywieszana jest informacja o pozycji, która ma trafić do repertuaru. Są podane obsady, termin realizacji. Delikwent, który ma szczęście odnaleźć swoje nazwisko na liście osób biorących udział w przedsięwzięciu – warto w tym miejscu nadmienić, że każda nowa produkcja, to dla artysty rozbudzone nadzieje, wiosna, reaktywacja – udaje się do biblioteki, odbiera wyciąg fortepianowy i rozpoczyna cały proces przygotowań. Jeśli na tym etapie porobione są vide, oznaczające w żargonie operowym skróty materiału muzycznego,
w zasadzie nie należy się spodziewać większych niespodzianek. Ilość arii, ansambli, recytatywów jest z góry określona przez kompozytora mającego zaszczyt popełnić
w przeszłości dzieło, na które padł szczęśliwy wybór dyrekcji opery. A to, uświęcone tradycją i usankcjonowane przez prawo autorskie, jest zdefiniowane, kompletne i wykonawczo niemal całkowicie przewidywalne.
Śpiewak bierze nuty pod pachę i udaje się wpierw do pianisty korepetytora, by je wtłuc do głowy. Następnie szlifuje materiał muzyczny pod okiem dyrygenta i tak przysposobiony bierzy na scenę, by zmaterializować treści i emocji drzemiące pod zastygłą magmą zbitych w jednolitą masę kluczy, pauz i innych tego typu komponentów.
Po miesiącu żmudnej, nierzadko ofiarnej pracy artysta ponownie melduje się pod gablotą, by z drżeniem serca i nierzadko rąk odkryć, że znalazł się – bądź też nie! – w składzie premierowym.
Potem już idzie z górki.
Premiera, oklaski, kwiaty, wiwaty, bankiet, gazety…
I znów nie ma dobrej recenzji.
Niestety.
Oczywiście żartowałem.
Te zdarzają się, chociaż piszących je mistrzów wciąż ubywa.
Zazwyczaj w operze przygodę z nową rolą rozpoczyna się tak, ale nie tym razem.
AKT I
GABINET DYREKTORA
- Chciałbym, żebyś się podjął pewnego wyzwania. W tym roku mija 100 rocznica urodzin Romana Maciejewskiego i dla tego postanowiłem zrealizować spektakl z muzyką tego kompozytora. Co ty na to?
Co ja na to?
HURA!!! krzyknąłem w duchu, choć swoją radość wyartykułowałem dyplomatycznie,
z wymaganym przez etykietę i zdrowy rozsądek spolegliwym dystansem. Lepiej, żeby Dyrektor nie wiedział, jak bardzo ucieszyła mnie Jego propozycja.
Czyż mogło być inaczej. Ostatnie lata nie były zbyt udane. Niczym aloes wyglądający deszczu na meksykańskiej pustyni czekałem na cud, który pozwoli mi pokazać na co mnie stać, udowodnić sobie i światu, że jestem artystą z pierwszej linii frontu.
A tu nic.
Cisza.
Kilka ról koloidalnych rozmiarów, po których nawet nie warto wychodzić do ukłonów, bo oklaski niemrawe, z rozpędu, w oczekiwaniu na kogoś innego.
I wreszcie się doczekałem.
Tylko ja i orkiestra.
Sam!
Zaraz, zaraz, jak to sam. Tego jeszcze w operze nie było!
Po pierwszym wybuchu euforii pytania oblazły mnie niczym mrówki.
Cóż to takiego? A gdzie partytura? Co mam śpiewać? Jak wysoko? Ile tego będzie, przecież do premiery zostało raptem sześć tygodni.
Kilka dni później, w tym samym gabinecie odbyliśmy pierwszą frontową odprawę.
Był Krzysztof Słowiński – Dyrektor Muzyczny projektu,
zdobywająca pierwsze operowe szlify Zuzia Mikołajczyk – asystent reżysera,
Sylwester Biraga – reżyser i twórca scenariusza! – tak, tak, scenariusza, bo jak się okazało partytura jest dla orkiestry, a dla mnie stos tekstów, w ilości mogącej spopielić nawet najmężniejsze serce artystycznego desperata – i oczywiście JA.
Sylwester opowiedział pokrótce o swojej wizji projektu, wręczył dwadzieścia drobno zapisanych stron A4 i z uśmiechem zakomunikował, że to na razie tyle, bo jeszcze wszystkiego nie wybrał.
Przełknąłem głośno ślinę. Czułem, że wyruszam w nieznane.
To nie było tak, jak zazwyczaj!
To było zupełnie nie tak, jak zazwyczaj!
To była wyprawa bez możliwości powrotu.
Wóz, albo przewóz.
Postanowiłem, że nie oddam tanio skóry. A niech tam!
AKT II
BIERZEMY SIĘ DO PRACY
Po krótkim czasie intensywnej wymiany maili i kilku godzinach przegadanych z Sylwestrem nareszcie nadszedł dzień, w którym należało materializować lęgnące się w Jego głowie przedstawienie. Postanowiliśmy zacząć od zbudowania przestrzeni, w której, i przy pomocy której opowiemy naszą historię.
Od samego początku, wbrew panującym obyczajom – śpiewaka zazwyczaj postrzega się jako niezbyt rozgarnięty układ biologiczny utrzymujący przy życiu struny głosowe, który można, a wręcz należy kształtować dowolnie, bez konieczności uwzględniania jego punktu widzenia, przemyśleń, czy pomysłów – zyskałem uprzywilejowany status partnera. Połechtany okazanym zaufaniem i względami rzuciłem się do ofiarnej współpracy, a ta szybko okazała się przygodą życia.
Organizując przeróżne koncerty, festiwale, artystyczne eskapady wielokrotnie korzystałem
z zasobów zdeponowanych w przepastnych operowych magazynach i dla tego dość dobrze poznałem ich zawartość . Teraz ta znajomość okazała się bezcenna. Po zameldowaniu się na zapleczu zaczęliśmy wraz z nieoceniona Panią Lidzią przetrząsać wszystkie kąty
w poszukiwaniu kostiumów, rekwizytów, elementów dekoracji. Biorąc do ręki fragmenty strojów czułem wręcz mistyczną więź z przeszłością, z Tymi, którzy je nosili. Niemal słyszałem muzykę, tak jakby minione chwile operowej chwały zagnieździły się na dobre w tych strzępach materiału.
O to nam chodziło.
Ten rodzący się spektakl w swoim założeniu miał być teatrem w teatrze, studium władzy
i marności ludzkiej, snem o potędze, o nieuchronności przemijania.
Po dwóch godzinach wspomnień, podniet, wzruszeń byliśmy gotowi, żeby zrobić kolejny krok.
SALA DRABOWICZA
Pierwsze robocze spotkanie. Jeszcze nie próba, ale już ostro przygotowujemy się do rozpoczęcia. Nabieramy sił i odwagi, żeby wyruszyć na wojnę. Mimo wszystko wciąż czujemy się niewystarczająco gotowi. Najpierw określamy ramy, w których będziemy się poruszać.
Na pierwszy ogień idzie czas pracy. Rezygnujemy ze wszystkich osób, które zwykle zabezpieczają próby. Zostajemy sami na placu boju: Sylwek, Zuzia i ja.
Pracujemy od samego rana, często do godzin wieczornych. Cały czas rozmawiam
z Sylwestrem o tworzącym się dziele. Bierzemy na warsztat teksty. Jest ich zbyt dużo. Sylwek zaczyna skracać, przestawiać, rozważać, a czas nieubłaganie płynie. Jednocześnie ciągle dyskutujemy nad kostiumami, dekoracjami, rekwizytami, rozwiązaniami technicznymi. Powoli, krok po kroku wyczarowujemy NASZ ŚWIAT.
TRZY FILARY
Mamy już pełną nazwę spektaklu.
MASKI WŁADZY. MACIEJEWSKI – PODRÓŻE.
Całość składać się będzie z trzech części: Pieśń lutni, Makbet, Kaligula.
Trzy spektakle, które Roman Maciejewski oprawiał swoją genialna muzyką.
Trzy spektakle realizowane w Goeteborgu przez samego Ingmara Bergmana.
Trzy wielkie historie, które musimy opowiedzieć w ciągu jednej godziny!
I tak oto wkraczam uzbrojony w dźwięki. Sam naprzeciw niemożliwości.
PIERWSZA PRÓBA
Wreszcie nadszedł ten dzień. Dziś wchodzę na scenę. Zaczynamy od Pieśni lutni.
Tekst nabrał znamion ostateczności i jako tako zagościł w mojej głowie.
Dłużej nie możemy już czekać.
Wchodzę do teatru przed dziewiątą. Biegnę do Sali Drabowicza, gdzie czeka na mnie Sylwester. Widzę na Jego twarzy ogromne wzburzenie. Coś się musiało stać.
Jest 10 kwietnia 2010 roku.
Nic dodać, nic ująć.
Dziś nie zaczniemy. Nie jesteśmy w stanie.
Moje serce rozdziera pustka i ból.
Nie wiem, gdzie mam się podziać.
Idę naprzeciwko do Urzędu Wojewódzkiego i oddaję krew.
Akurat przeprowadzają akcję zorganizowaną przez Wojewodę.
Nic lepszego nie przyszło mi do głowy.
Chciałem po prostu zrobić coś, co miałoby jakikolwiek sens wobec tej bezsensownej tragedii. Cokolwiek.
UCZĘ SIĘ TEKSTÓW
Pracujemy bez wytchnienia w atmosferze smutku.
Ciężko się zebrać do konstruktywnych działań, ale czasu jest coraz mniej.
Pieśń lutni znam już całkiem dobrze. Teraz muszę się zmierzyć z Kaligulą.
Boże, ile tego tekstu.
Jak go skutecznie wtłoczyć do głowy?!
Suflera nie będzie?
Mogę liczyć tylko na siebie!
Razem z Sylwestrem raz jeszcze oglądamy każde zdanie. Dokonujemy cięć – drobnych niestety.
To co pozostaje napawa mnie lękiem.
Czy zdążę?!
Biorę tekst i idę biegać. Wciskam do głowy zdanie, po zdaniu. Dzień po dniu powtarzam coraz więcej bez konieczności zaglądania w scenariusz. Mamroczę pod nosem mroczne wynurzenia dyktatora.
Mijający mnie biegacze dziwnie patrzą, napotykane w lesie kobiety przyspieszają.
Chyba znów mówiłem zbyt głośno.
Siadam pod drzewem nad brzegiem Warty. Mam jeszcze godzinę do odebrania Dzieci ze szkoły. Zaczynam mierzyć się z interpretacją.
Widzę komory gazowe.
Krzyczę.
Nie wiem ile czasu minęło.
Wracam na ziemię.
Przede mną uciekająca w popłochu kobieta. Chyba ją mocno wystraszyłem.
Ucieka szybciej, niż jej pies.
WYŚCIG Z CZASEM
Ostro próbujemy. Jest już nieźle. Oswoiliśmy przestrzeń. Zaczynam dogadywać się z głosem, kostiumami, miednicą. Ciągle jeszcze próbuję w powłóczystej szacie, w której grałem Samiela. Na szczęście strój cesarza jest na ukończeniu.
Resztę zagram w białym podkoszulku i kalesonach.
Pieśń lutni i Kaligula nabierają kolorów, ale co z Makbetem?
Właśnie wyrzuciliśmy teksty. Większość znałem już na pamięć, ale rozstaję się z nimi bez żalu.
Może zrezygnować z tej części?
Wciąż poszukujemy sposobu na opowiedzenie historii.
Upieram się, by pozostała. Jestem przywiązany do trójdzielnego podziału rzeczywistości.
Sylwester podejmuje decyzję.
Tomek, Makbeta zatańczysz!
PRZED PREMIERĄ
Odpowiedź na pytanie o sens naszej pracy jest na wyciągnięcie ręki. Dziś przyjdą dziennikarze, żeby zobaczyć fragment Masek władzy.
Rano zagraliśmy całość. Umiem już wydobyć z siebie cały tekst, zmieniać wodę w krew, pomalować paznokcie. Ciągle eksperymentuję z głosem w Kaliguli.
Boże, przecież ja jestem kontratenorem.
Boję się.
Kaligula to rola dla mistrza Łomnickiego.
Za późno na dylematy.
AKT III
PO PREMIERZE
Oklaski.
Długie, gorące, szczere.
UDAŁO SIĘ!!!
Publiczność oszołomiona powoli powraca do swojego wymiaru.
Przez cały czas byli na wyciagnięcie ręki, głosu, emocji.
Przez cały czas porywałem te bezbronne istoty i pchałem w misternie tkaną pajęczynę intryg.
Byliśmy całością.
Oni, ja i „moi” dyktatorzy.
Teatr zwyciężył.
Sylwester zwyciężył.
Jego odwaga, wizja, mądrość.
Schodzę ze sceny wyczerpany, sponiewierany, szczęśliwy…
Kurtyna opada.
Jutro już nigdy nie będzie takie jak wczoraj
EPILOG
Jestem w Lesznie – mieście Romana Maciejewskiego.
Przed momentem zszedłem ze sceny.
Czas płynie.
Wielkość strącona z piedestału zostaje zważona przez Pana Życia i Śmierci.
Zapomnienie, niczym pogrzebowy całun spowija doczesne bogi.
A jednak
Non omnis moriar…
Zazwyczaj w operze przygodę z nową rolą rozpoczyna się tak.
Na gablocie wywieszana jest informacja o pozycji, która ma trafić do repertuaru. Są podane obsady, termin realizacji. Delikwent, który ma szczęście odnaleźć swoje nazwisko na liście osób biorących udział w przedsięwzięciu – warto w tym miejscu nadmienić, że każda nowa produkcja, to dla artysty rozbudzone nadzieje, wiosna, reaktywacja – udaje się do biblioteki, odbiera wyciąg fortepianowy i rozpoczyna cały proces przygotowań. Jeśli na tym etapie porobione są vide, oznaczające w żargonie operowym skróty materiału muzycznego,
w zasadzie nie należy się spodziewać większych niespodzianek. Ilość arii, ansambli, recytatywów jest z góry określona przez kompozytora mającego zaszczyt popełnić
w przeszłości dzieło, na które padł szczęśliwy wybór dyrekcji opery. A to, uświęcone tradycją i usankcjonowane przez prawo autorskie, jest zdefiniowane, kompletne i wykonawczo niemal całkowicie przewidywalne.
Śpiewak bierze nuty pod pachę i udaje się wpierw do pianisty korepetytora, by je wtłuc do głowy. Następnie szlifuje materiał muzyczny pod okiem dyrygenta i tak przysposobiony bierzy na scenę, by zmaterializować treści i emocji drzemiące pod zastygłą magmą zbitych w jednolitą masę kluczy, pauz i innych tego typu komponentów.
Po miesiącu żmudnej, nierzadko ofiarnej pracy artysta ponownie melduje się pod gablotą, by z drżeniem serca i nierzadko rąk odkryć, że znalazł się – bądź też nie! – w składzie premierowym.
Potem już idzie z górki.
Premiera, oklaski, kwiaty, wiwaty, bankiet, gazety…
I znów nie ma dobrej recenzji.
Niestety.
Oczywiście żartowałem.
Te zdarzają się, chociaż piszących je mistrzów wciąż ubywa.
Zazwyczaj w operze przygodę z nową rolą rozpoczyna się tak, ale nie tym razem.
AKT I
GABINET DYREKTORA
- Chciałbym, żebyś się podjął pewnego wyzwania. W tym roku mija 100 rocznica urodzin Romana Maciejewskiego i dla tego postanowiłem zrealizować spektakl z muzyką tego kompozytora. Co ty na to?
Co ja na to?
HURA!!! krzyknąłem w duchu, choć swoją radość wyartykułowałem dyplomatycznie,
z wymaganym przez etykietę i zdrowy rozsądek spolegliwym dystansem. Lepiej, żeby Dyrektor nie wiedział, jak bardzo ucieszyła mnie Jego propozycja.
Czyż mogło być inaczej. Ostatnie lata nie były zbyt udane. Niczym aloes wyglądający deszczu na meksykańskiej pustyni czekałem na cud, który pozwoli mi pokazać na co mnie stać, udowodnić sobie i światu, że jestem artystą z pierwszej linii frontu.
A tu nic.
Cisza.
Kilka ról koloidalnych rozmiarów, po których nawet nie warto wychodzić do ukłonów, bo oklaski niemrawe, z rozpędu, w oczekiwaniu na kogoś innego.
I wreszcie się doczekałem.
Tylko ja i orkiestra.
Sam!
Zaraz, zaraz, jak to sam. Tego jeszcze w operze nie było!
Po pierwszym wybuchu euforii pytania oblazły mnie niczym mrówki.
Cóż to takiego? A gdzie partytura? Co mam śpiewać? Jak wysoko? Ile tego będzie, przecież do premiery zostało raptem sześć tygodni.
Kilka dni później, w tym samym gabinecie odbyliśmy pierwszą frontową odprawę.
Był Krzysztof Słowiński – Dyrektor Muzyczny projektu,
zdobywająca pierwsze operowe szlify Zuzia Mikołajczyk – asystent reżysera,
Sylwester Biraga – reżyser i twórca scenariusza! – tak, tak, scenariusza, bo jak się okazało partytura jest dla orkiestry, a dla mnie stos tekstów, w ilości mogącej spopielić nawet najmężniejsze serce artystycznego desperata – i oczywiście JA.
Sylwester opowiedział pokrótce o swojej wizji projektu, wręczył dwadzieścia drobno zapisanych stron A4 i z uśmiechem zakomunikował, że to na razie tyle, bo jeszcze wszystkiego nie wybrał.
Przełknąłem głośno ślinę. Czułem, że wyruszam w nieznane.
To nie było tak, jak zazwyczaj!
To było zupełnie nie tak, jak zazwyczaj!
To była wyprawa bez możliwości powrotu.
Wóz, albo przewóz.
Postanowiłem, że nie oddam tanio skóry. A niech tam!
AKT II
BIERZEMY SIĘ DO PRACY
Po krótkim czasie intensywnej wymiany maili i kilku godzinach przegadanych z Sylwestrem nareszcie nadszedł dzień, w którym należało materializować lęgnące się w Jego głowie przedstawienie. Postanowiliśmy zacząć od zbudowania przestrzeni, w której, i przy pomocy której opowiemy naszą historię.
Od samego początku, wbrew panującym obyczajom – śpiewaka zazwyczaj postrzega się jako niezbyt rozgarnięty układ biologiczny utrzymujący przy życiu struny głosowe, który można, a wręcz należy kształtować dowolnie, bez konieczności uwzględniania jego punktu widzenia, przemyśleń, czy pomysłów – zyskałem uprzywilejowany status partnera. Połechtany okazanym zaufaniem i względami rzuciłem się do ofiarnej współpracy, a ta szybko okazała się przygodą życia.
Organizując przeróżne koncerty, festiwale, artystyczne eskapady wielokrotnie korzystałem
z zasobów zdeponowanych w przepastnych operowych magazynach i dla tego dość dobrze poznałem ich zawartość . Teraz ta znajomość okazała się bezcenna. Po zameldowaniu się na zapleczu zaczęliśmy wraz z nieoceniona Panią Lidzią przetrząsać wszystkie kąty
w poszukiwaniu kostiumów, rekwizytów, elementów dekoracji. Biorąc do ręki fragmenty strojów czułem wręcz mistyczną więź z przeszłością, z Tymi, którzy je nosili. Niemal słyszałem muzykę, tak jakby minione chwile operowej chwały zagnieździły się na dobre w tych strzępach materiału.
O to nam chodziło.
Ten rodzący się spektakl w swoim założeniu miał być teatrem w teatrze, studium władzy
i marności ludzkiej, snem o potędze, o nieuchronności przemijania.
Po dwóch godzinach wspomnień, podniet, wzruszeń byliśmy gotowi, żeby zrobić kolejny krok.
SALA DRABOWICZA
Pierwsze robocze spotkanie. Jeszcze nie próba, ale już ostro przygotowujemy się do rozpoczęcia. Nabieramy sił i odwagi, żeby wyruszyć na wojnę. Mimo wszystko wciąż czujemy się niewystarczająco gotowi. Najpierw określamy ramy, w których będziemy się poruszać.
Na pierwszy ogień idzie czas pracy. Rezygnujemy ze wszystkich osób, które zwykle zabezpieczają próby. Zostajemy sami na placu boju: Sylwek, Zuzia i ja.
Pracujemy od samego rana, często do godzin wieczornych. Cały czas rozmawiam
z Sylwestrem o tworzącym się dziele. Bierzemy na warsztat teksty. Jest ich zbyt dużo. Sylwek zaczyna skracać, przestawiać, rozważać, a czas nieubłaganie płynie. Jednocześnie ciągle dyskutujemy nad kostiumami, dekoracjami, rekwizytami, rozwiązaniami technicznymi. Powoli, krok po kroku wyczarowujemy NASZ ŚWIAT.
TRZY FILARY
Mamy już pełną nazwę spektaklu.
MASKI WŁADZY. MACIEJEWSKI – PODRÓŻE.
Całość składać się będzie z trzech części: Pieśń lutni, Makbet, Kaligula.
Trzy spektakle, które Roman Maciejewski oprawiał swoją genialna muzyką.
Trzy spektakle realizowane w Goeteborgu przez samego Ingmara Bergmana.
Trzy wielkie historie, które musimy opowiedzieć w ciągu jednej godziny!
I tak oto wkraczam uzbrojony w dźwięki. Sam naprzeciw niemożliwości.
PIERWSZA PRÓBA
Wreszcie nadszedł ten dzień. Dziś wchodzę na scenę. Zaczynamy od Pieśni lutni.
Tekst nabrał znamion ostateczności i jako tako zagościł w mojej głowie.
Dłużej nie możemy już czekać.
Wchodzę do teatru przed dziewiątą. Biegnę do Sali Drabowicza, gdzie czeka na mnie Sylwester. Widzę na Jego twarzy ogromne wzburzenie. Coś się musiało stać.
Jest 10 kwietnia 2010 roku.
Nic dodać, nic ująć.
Dziś nie zaczniemy. Nie jesteśmy w stanie.
Moje serce rozdziera pustka i ból.
Nie wiem, gdzie mam się podziać.
Idę naprzeciwko do Urzędu Wojewódzkiego i oddaję krew.
Akurat przeprowadzają akcję zorganizowaną przez Wojewodę.
Nic lepszego nie przyszło mi do głowy.
Chciałem po prostu zrobić coś, co miałoby jakikolwiek sens wobec tej bezsensownej tragedii. Cokolwiek.
UCZĘ SIĘ TEKSTÓW
Pracujemy bez wytchnienia w atmosferze smutku.
Ciężko się zebrać do konstruktywnych działań, ale czasu jest coraz mniej.
Pieśń lutni znam już całkiem dobrze. Teraz muszę się zmierzyć z Kaligulą.
Boże, ile tego tekstu.
Jak go skutecznie wtłoczyć do głowy?!
Suflera nie będzie?
Mogę liczyć tylko na siebie!
Razem z Sylwestrem raz jeszcze oglądamy każde zdanie. Dokonujemy cięć – drobnych niestety.
To co pozostaje napawa mnie lękiem.
Czy zdążę?!
Biorę tekst i idę biegać. Wciskam do głowy zdanie, po zdaniu. Dzień po dniu powtarzam coraz więcej bez konieczności zaglądania w scenariusz. Mamroczę pod nosem mroczne wynurzenia dyktatora.
Mijający mnie biegacze dziwnie patrzą, napotykane w lesie kobiety przyspieszają.
Chyba znów mówiłem zbyt głośno.
Siadam pod drzewem nad brzegiem Warty. Mam jeszcze godzinę do odebrania Dzieci ze szkoły. Zaczynam mierzyć się z interpretacją.
Widzę komory gazowe.
Krzyczę.
Nie wiem ile czasu minęło.
Wracam na ziemię.
Przede mną uciekająca w popłochu kobieta. Chyba ją mocno wystraszyłem.
Ucieka szybciej, niż jej pies.
WYŚCIG Z CZASEM
Ostro próbujemy. Jest już nieźle. Oswoiliśmy przestrzeń. Zaczynam dogadywać się z głosem, kostiumami, miednicą. Ciągle jeszcze próbuję w powłóczystej szacie, w której grałem Samiela. Na szczęście strój cesarza jest na ukończeniu.
Resztę zagram w białym podkoszulku i kalesonach.
Pieśń lutni i Kaligula nabierają kolorów, ale co z Makbetem?
Właśnie wyrzuciliśmy teksty. Większość znałem już na pamięć, ale rozstaję się z nimi bez żalu.
Może zrezygnować z tej części?
Wciąż poszukujemy sposobu na opowiedzenie historii.
Upieram się, by pozostała. Jestem przywiązany do trójdzielnego podziału rzeczywistości.
Sylwester podejmuje decyzję.
Tomek, Makbeta zatańczysz!
PRZED PREMIERĄ
Odpowiedź na pytanie o sens naszej pracy jest na wyciągnięcie ręki. Dziś przyjdą dziennikarze, żeby zobaczyć fragment Masek władzy.
Rano zagraliśmy całość. Umiem już wydobyć z siebie cały tekst, zmieniać wodę w krew, pomalować paznokcie. Ciągle eksperymentuję z głosem w Kaliguli.
Boże, przecież ja jestem kontratenorem.
Boję się.
Kaligula to rola dla mistrza Łomnickiego.
Za późno na dylematy.
AKT III
PO PREMIERZE
Oklaski.
Długie, gorące, szczere.
UDAŁO SIĘ!!!
Publiczność oszołomiona powoli powraca do swojego wymiaru.
Przez cały czas byli na wyciagnięcie ręki, głosu, emocji.
Przez cały czas porywałem te bezbronne istoty i pchałem w misternie tkaną pajęczynę intryg.
Byliśmy całością.
Oni, ja i „moi” dyktatorzy.
Teatr zwyciężył.
Sylwester zwyciężył.
Jego odwaga, wizja, mądrość.
Schodzę ze sceny wyczerpany, sponiewierany, szczęśliwy…
Kurtyna opada.
Jutro już nigdy nie będzie takie jak wczoraj
EPILOG
Jestem w Lesznie – mieście Romana Maciejewskiego.
Przed momentem zszedłem ze sceny.
Czas płynie.
Wielkość strącona z piedestału zostaje zważona przez Pana Życia i Śmierci.
Zapomnienie, niczym pogrzebowy całun spowija doczesne bogi.
A jednak
Non omnis moriar…
Pieśń o lutni. Fot. K. Zalewska
Kaligula. Fot. K. Zalewska